0

“nice to have” kontra “great to have”

Kilka miesięcy temu zostałam poproszona o przygotowanie ekspertyzy dla nowego produktu interaktywnego jednej z firm produkujących produkty gospodarstwa domowego. Firma ta postanowiła dołożyć do jednego ze swoich produktów najróżniejsze interaktywne technologie, ponieważ właścicielowi produktowemu wydało się to dobrym pomysłem (w stylu, bo przecież nikt niczego takiego jeszcze nie zrobił). Mimo, że jestem wielką fanką interaktywnych rozwiązań i optymistką jeżeli chodzi o rozwój świata technologii, to jednak wierzę, że warto tworzyć systemy mające w sobie pewną spójność i wizję tego, w jaki sposób miałyby służyć użytkownikowi. W tym konkretnym przypadku tak nie było. I mimo tego, że starałam się wytłumaczyć firmowym decydentom, że przypinanie nawet najpiękniejszej róży do kożucha może jedynie zniechęcić a nie zachęcić przyszłych klientów do wyboru ich produktu, to decydenci zadecydowali pozostać przy swoim tylko dlatego, że zaproponowane przez nich rozwiązanie było możliwe do implementacji a elementy interaktywne w ich oczach są elementami typu “nice to have”. Pewnie żaden z nich nigdy nie słyszał o podstawowych zasadach agile design, gdzie wszystkie elementy “nice to have” obcina się niemiłosiernie z tego prostego powodu, że zwykle zaciemniają podstawowe funkcje rozwiązania a także konfudują użytkowników co do tego, w jaki sposób powinni z danej technologii korzystać.

Ale sprawa nie jest tak jednoznaczna, jakby się mogło wydawać: bo czymś innym jest funkcja “nice to have” jak na przykład zegarek i termometr w domofonie (jak widać mój projekt dom nadal trwa w najlepsze:) a czym innym są funkcje “great to have”; funkcje, które choć nie są podstawowymi elementami rozwiązania to w sposób nieoczywisty a jednak zaskakująco trafny je wzbogacają. Przykładem może być seria dodatkowych usług oferowana przez szpital dziecięcy w Pittsburgu, gdzie oprócz niesamowicie przemyślanego pod kątem dzieci wnętrza oraz sposobu funkcjonowania szpitala odpowiadającego na potrzeby małych pacjentów, można znaleźć dodatkowe usługi takie, jak kurs na opiekunów do dzieci od lat 11-u czy programy edukacyjne dotyczące bezpieczeństwa w formie bajek.  Nie są to usługi niezbędne w kontakcie ze szpitalem, ale ich wartość buduje nie tylko dobrą markę instytucji, a także otwiera nowe i merytorycznie dopasowane alternatywy zarabiania pieniędzy. Bo kurs opiekunów dla dzieci jest “great to have”, czyli czymś, co użytkownik świadomie i jednoznacznie wybierze, a termometr na domofonie jest tylko dodatkiem, który się zaakceptuje tylko wtedy, kiedy reszta domofonu odpowiada gustom i potrzebom danej osoby. Innymi słowy: funkcje “great to have” pozwalają sprzedawać więcej i lepiej, a funkcje “nice to have” ewentualnie nie przeszkadzają w sprzedaży, jeśli cała reszta została dobrze zaprojektowana. W przeciwnym wypadku potrafią być “efektywnym zniechęcaczem”, jak na przykład w przypadku piekarnika Siemens, który posiadał zaszyte w sobie ponad 1000 przepisów. I mimo, że wizualnie bardzo mi się podobał, to zrezygnowałam z jego zakupu dlatego, że przeraziłam się potencjalnego skomplikowania obsługi urządzenia. I tak funkcja “nice to have” sprawiła, że firma zarobiła na mnie mniej niż więcej. Stąd projektując każdą usługę i każdy produkt warto zastanowić się, czy elementy wykraczające poza podstawy są tylko “nice to have” czy może czymś więcej. Bo w “great to have” warto inwestować, a całą resztę warto przerobić z “nice to have” na “great to have”.

0

Polish IA Summit – postscriptum

Co za konferencja to była – łał!!!! Nie wiem jak reszcie, ale mnie się podobało niesamowicie. I kiedy tak patrzę wstecz na moje wizyty na polskich konferencjach dotyczących tematyki HCI w ostatnich latach, to wzrost poziomu jest skokowy. Przede wszystkim rośnie grupa słuchaczy. W tym roku wszystkie bilety na główną konferencję wyprzedały się na pniu, a do ostatniego dnia dostawałam jeszcze zapytania, czy może nie dałoby się choć jeszcze jednego dodatkowego biletu skądś wyczarować.

Następnie prelegenci – mieliśmy tyle zgłoszeń, że pewnie na ich podstawie udałoby się zorganizować dwie albo trzy takie konferencje. Wybór nie był prosty. Na szczęście udało nam się zebrać silną grupę doświadczonych recenzentów w co najmniej połowie nie pochodzących z polskiego środowiska, którzy pomogli nam w ocenie zgłoszeń, za co bardzo chciałabym im niniejszym podziękować. Mam też nadzieję, że udało nam się przekonać wszystkich, żeby w przyszłym roku też wystawili swoje projekty i doświadczenia na widok publiczny:) Bardzo mi się też podobała sesja demo, na której można było nie tylko posłuchać ale też zobaczyć ciekawe rozwiązania i pomysły. ciekawe, czy na przyszły rok będzie więcej takich zgłoszeń….

No i wreszcie nasi goście… Dla mnie możliwość zaproszenia i posłuchania Marca Hassenzahla, osoby, która jest głównym głosem w tematyce projektowania doświadczeń w Europie i jednym z najbardziej liczących się w tej tematyce speców badawczych na świecie była niesamowitą radością. A szansa poznania Jeffa Parksa, Jasona Hobbsa czy Mike’a Athertona oraz spotkania po latach Woutera Sluisa i Briana Pagana naładowała mnie pozytywną energią na kolejne miesiące.

Oczywiście było kilka rzeczy, które mogliśmy zrobić i na pewno w przyszłym roku zrobimy lepiej. Tu przede wszystkich mam na myśli przerwy na networking. W tym roku stanęliśmy przed wyborem, czy dać większej liczbie osób szansę na przedstawienie swoich wyników czy zrobić więcej przerw i wybraliśmy to pierwsze rozwiązanie. W przyszłym roku obiecujemy to jakoś zbalansować, nawet jeśli wiązałoby się to z organizacją dwóch równoległych sesji. Słyszałam też głosy, że byłoby warto zastanowić się nad alternatywnymi sposobami “rozmowy”, czyli nie tylko prelekcjami, ale może też warsztatami tematycznymi, gdzie każdy miałby szansę przedstawić swój punkt widzenia na dany temat. Takie warsztaty organizowane są co roku na konferencji CHI i być może uda nam się przygotować coś na ich wzór. Wreszcie musimy znaleźć jakieś dobre miejsce na organizację całego wydarzenia, miejsca, które pozwoli nam na ugoszczenie jeszcze większej liczby osób. Nie wiem jak innym, ale mnie te nieszczęsne krzesła naprawdę na dłużej zostawiły ślad na plecach i nie tylko ;)

Dla mnie była to jak do tej pory najlepsza konferencja w naszej dziedzinie w Polsce – kudosy dla chłopaków i dziewczyn z UseLabu, bo to oni unieśli główny ciężar całej organizacji. Poprzeczka ustawiła się naprawdę wysoko na przyszły rok, tak, że jeśli macie sugestie i pomysły, jak ją przeskoczyć, to koniecznie dajcie znać.

 

6

Oko cyklonu: edukacja

Jakiś czas temu pisałam o manifeście mojego profesora i mentora Keesa Overbeeke. Kees uświadamiał nam wszystkim, że jesteśmy na początku rewolucji w sposobie myślenia opartym na intuicji i łączeniu wiedzy. Co ostatnio sobie uświadamiam to to, że bycie w środku rewolucji to jak bycie w oku cyklonu: teoretycznie gdzieś szaleje wiatr i deszcz, ale w oku świat trwa tak, jak trwał. Panuje tam pozorna cisza i zastój, zastój, który lada chwila musi runąć. Podobnie jest z rewolucją, która już na dobre rozszalała się w świecie zachodnim, ale jeszcze nie dotarła tak naprawdę do Polski, choć można już zauważyć pierwsze podmuchy. Jednym z miejsc, gdzie te podmuchy są dalej ledwo zauważalne jest obszar edukacji.

Na zeszłej konferencji CHI jeden z prezenterów słusznie zauważył, że gdyby profesor sprzed kilkuset lat wszedł do sali wykładowej, nie miałby żadnego problemu, żeby zrozumieć jak nadal działa system edukacyjny. Bo nasz system od setek lat wgląda dokładnie tak samo: wykładowca, który jest „oazą wiedzy oraz wszechwiedzącym mistrzem” oraz student, którego jedynym zadaniem jest pasywne i pełne uwielbienia chłonięcie wiedzy precyzyjnymi miarkami cedzonej mu do głowy. Tylko, czy aby na pewno tak dalej jest?

Zanim przejdę do analizy sytuacji obecnej, chciałabym króciutko podzielić się tym, jak wytworzył się współczesny system edukacyjny. Koncepcja edukacji publicznej została zaproponowana w Stanach Zjednoczonych zaraz po wojnie secesyjnej przez Horacego Manna. Jej celem było przemysłowe wytwarzanie w miarę wykształconych pracowników, którzy grzecznie i posłusznie będą wykonywać zadania powierzone im przez szefów-przemysłowców. Wraz z rozwojem przemysłowej kultury masowej, zapotrzebowanie na wykształconej i jednocześnie potencjalnie jak najbardziej konformistycznej siły roboczej rosło ekspotencjalnie, stąd system edukacyjny w zasadzie wszędzie na świecie przyjął formę fabryki wytwarzającej produkty ludzkie spełniające określone przez system warunki: jeśli ktoś dostawał wyższe oceny był potencjalnie kandydatem na stanowiska menedżerskie, natomiast ci z gorszymi wynikami przeznaczeni zostawali do pracy wytwórczej.

Obecny system edukacyjny osiągnął swoje apogeum wraz z wynalezieniem przez prof. Fredericka J. Kelly’ego testów wielokrotnego wyboru w roku 1914. Powodem zaproponowania przez niego takiej formy oceny wiedzy był fakt, że w trakcie pierwszej wojny światowej Stany zostały zalane falą emigrantów, których trzeba było szybko wyszkolić i wdrożyć w istniejący system. Rząd amerykański wprowadził obowiązek dwuletniej edukacji na poziomie szkoły średniej i potrzebował narzędzia szybko ewaluującego wyniki swoich nowych obywateli. Sam prof. Kelly powiedział, że: „this is a test of lower order thinking for the lower orders” (jest to test niższej jakości do zastosowania dla osób mniej wykształconych). Kilka lat później, Kelly sam napisał, że testy wielokrotnego wyboru testują jedynie niewielki wycinek tego, co jest i powinno być uczone  i w związku z tym taki sposób egzaminowania powinien być zarzucony. Ale w erze przemysłowej weryfikacja  faktycznego stanu zrozumienia tematu nie była celem, celem było wyprodukowanie masowego pracownika. Stąd opinia Kellego została ogólnoświatowo zlekceważona i praktycznie wszędzie testy wielokrotnego wyboru są miarą określającą poziom wiedzy ucznia i studenta.

Edukacja przemysłowa opiera się na jednej podstawowej zasadzie: obawie przed złą oceną. Stąd wywodzi się nieograniczona władza nauczyciela i wykładowcy jako pana losu ucznia i studenta. Jeżeli student zdecyduje się nie zgodzić ze swoim mistrzem, dostanie ocenę niedostateczną. Tak, że od najmłodszych lat jesteśmy uczeni, że jeśli siedzi się cicho, nie wychyla się, przygotowuje to, co jest wymagane i utrzymuje się status quo, można mieć święty spokój. Taki system z pewnością kształci rzetelnych i posłusznych pracowników-konformistów. Tylko brak w nim miejsca na kreatywność, niezależność i samodzielność w myśleniu a przede wszystkim do dążenia do realizacji swoich marzeń wbrew wszystkim ograniczeniom i przeszkodom.

Ale, jak wspomniałam, rewolucja wokół nas już się zaczęła. Układ wykładowca: mistrz – student: posłuszna maszynka do przyswajania wiedzy już nie ma racji bytu, choćby z tego powodu, że Internet upowszechnił nieograniczony dostęp do wiedzy. Tak, że, jeżeli student jest ciekawy danego zagadnienia bez problemu będzie w stanie prześcignąć w swojej wiedzy zasiedziałego od lat w tym samym podejściu profesora. Co więcej, okazuje się, że żeby być naprawdę dobrym w tym, co się robi, nie trzeba kończyć uczelni, że tytuł magistra czy doktora znaczy tylko tyle, ile wiedza i umiejętności, które dany delikwent posiada.

Znacząca większość najlepszych uczelni świata analizuje te trendy i radykalnie zmienia swój sposób nauczania. W Eindhoven kształci się studentów na bazie rozwoju kompetencji a nie w oparciu o mniej lub bardziej sztywny program zajęć. Wykładowcy stają się mentorami raczej niż nauczycielami głoszącymi niekwestionowalne prawdy ex catedra. Studenci z pasywnych owieczek stają się wymagającymi obserwatorami kwestionującymi dotychczasowe zasady rządzące światem i domagającymi się nowego podejścia do wiedzy, edukacji i ich samych.

Ale w Polsce ciągle trwamy w oku cyklonu. Nasze uczelnie cały czas jeszcze stosują tradycyjny pasywny model nauczania ex catedra w oparciu o testy wielokrotnego wyboru (nie chcę tu generalizować, że wszędzie jest dokładnie tak samo, ale ogólny trend edukacyjny jest nadal bardzo „przemysłowy”).  W poznańskiej School of Form gdzie uczę, staramy się zmienić to podejście, ale nie jest łatwo. Nie jest łatwo nie dlatego, że wykładowcy nie chcą się zmienić – wręcz przeciwnie, prawie każdy z nas chciałby odejść od totalnie nieefektywnego systemu wykładów i ćwiczeń z danego przedmiotu raz w tygodniu. Mnie samą ogarnia przerażenie, kiedy z tygodnia na tydzień przychodzę na swoje zajęcia, pytam o podstawy tego, czym jest User Experience i widzę pustkę w ich oczach, nie dlatego, że nie słuchali, tylko dlatego, że od moich ostatnich zajęć zostali zalani ogromem wiedzy z innych dziedzin, która skutecznie zatarła to, czego nauczyli się na moich zajęciach. Przeszkodą w tych zmianach są archaiczne zasady edukacji wyższej narzucane nam przez ministerstwo nauki i szkolnictwa wyższego, które na przykład wymaga tego, żeby w roku akademickim student zdał co najmniej trzy egzaminy teoretyczne. No jedna z bardzo wielu zasad, nad którymi musimy się głowić, żeby móc edukować naszych studentów na sposób nowoczesny budując ich samodzielność, niezależność i chęć zmiany świata na lepszy.

Mam nadzieję, że uda nam się dokonać tej mini-rewolucji i że tak, jak wydział Wzornictwa Przemysłowego na Politechnice w Eindhoven, który, jako pierwszy odważył się wywrócić do góry nogami tamtejszy system, staniemy się wzorem tego, jak może wyglądać edukacja projektowa (przynajmniej na uczelniach designerskich i technicznych). Choć to, co u nas się dzieje, może wydawać się całkowicie niezauważalne na skalę krajową, to jednak zaczynamy generować pierwsze podmuchy, podmuchy, które być może przesuną oko cyklonu dalej a nam pozwolą kształcić pokolenie, które przestanie być konformistyczne i pasywne, a zacznie rewolucjonizować nasz przemysł i administrację w oparciu o marzenia i wartości wyższe niż tylko pilnowanie własnego stołka.

Pięknie zresztą mówi o tym Sir Ken Robinson w swoim TED-talk’u na koniec cytując wiersz Yeats’a, który był ulubionym wierszem Keesa.

Pages ... 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11

Warning: fopen(/home/content/37/5672537/html/wp-content/plugins/wp-google-plus-one/lib/standard.txt) [function.fopen]: failed to open stream: No such file or directory in /home/content/37/5672537/html/wp-content/plugins/wp-google-plus-one/plusone.php on line 104

Warning: fread(): supplied argument is not a valid stream resource in /home/content/37/5672537/html/wp-content/plugins/wp-google-plus-one/plusone.php on line 105

Warning: fclose(): supplied argument is not a valid stream resource in /home/content/37/5672537/html/wp-content/plugins/wp-google-plus-one/plusone.php on line 106
.