Moje ulubione książki: projektowanie User Experience
Ostatnio udało mi się zrobić listę książek, które poleciłabym wszystkim, którzy chcą się czegoś nauczyć o projektowaniu interakcji, dziś czas wziąć na tapetę mój ukochany temat User Experience. I jak poprzednio wybór będzie bardzo subiektywny, a co więcej pewnie niektóre punkty z listy się już kiedyś pojawiły na moim blogu, ale jak lista to lista:) Tym razem wszystkie książki są tylko po angielsku, ponieważ pierwsza książka po polsku jeszcze nie została napisana:)
Faworytami są dwie książki i trudno mi było wybrać, którą przedstawić pierwszą. Po długim namyśle padło na książkę Marca, cho książka Bill jest równie wartościowa. No dobra, czas zaczynać:
Pierwsza książka to książka Marca Hassenzahla “Experience Design: Technology for All the Right Reasons”. Marc pisze o tym, czym jest UX momentaryczny i czym jest UX retrospektywny. Pisze też o tym, czym jest pięć kluczowych aspektów UX i w jaki sposób mogą one wpływać na proces projektowania nowych produktów i usług. Książka kończy się opisem wyzwań dla badaczy i projektantów UX. Dla mnie chyba najważniejszym wnioskiem wynikającym z tej książki jest to, że zanim zaczniemy myśleć o produkcie, czy usłudze powinniśmy najpierw pomyśleć o tym, jaki efekt, czyli jaki User Experience, chcielibyśmy uzyskać. Raz jeszcze gorąco ją wszystkim polecam i man nadzieję, ze uda mi się niedługo ściągnąć Marca do Polski, żeby sam poopowiadał o swoich przemyśleniach.
Na drugiem miejscu jest moja kolejna faworytka, książka Billa Buxtona “Sketching User Experiences: Getting the Design Right and the Right Design (Interactive Technologies)”. Bill jest niesamowitym człowiekiem i “opowiadaczem” z wielkim dystansem do samego siebie i tak książka idalnie go wyraża. Pisał ją przez wiele lat: pamiętam, jak historie w niej zawarte opowiadał w Eindhoven w 2001 roku. Pisze w niej o tym,że sam proces projektowanie i podejście do niego muszą być lepiej rozumiane zarówno przez samych projektantów, jak i przez ludzi, którzy zarządzają firmami. Bill chyba najlepiej ujmuje to, że po to, żeby zaprojektować coś prawdziwie angażującego, trzeba podejść do tematu holistycznie a nie wybiórczo. Jest też wielkim adwersarzem podejścia do projektowania opartego o skicowanie, a tak siążka jest pełna przykładów tego, jak można różne sposoby szkicować. To właśnie na podstawie tej książki przygotowuję swoje wykłady dla studentów w poznańskiej School of Form, których uczę projektowania User Experience.
Kolejna książka, którą chciałabym gorąco zarekomendować, to książka Tony’ego Hsieha “Delivering Happiness: A Path to Profits, Passion and Purpose“. To jest niesamowita książka o tym jak nowy CEO firmy Zappos sprzedającej ubrania online zmienił filozofię całej firmy tak, żeby opierała się tylko i wyłącznie o dostarczanie szczęśliwości swoim klientom i jakim niesamowitym sukcesem okazało się takie podejście.
Jeśli ktoś nie wierzy, że tak się da (naprawdę się da:), to podejrzewam, że tak książka może wstrząsnąć jego światem.
Następna książka warta polecenia to książka Jakoba Schneidera i Marca Stickdorna “This is Service Design Thinking: Basics, Tools, Cases“. Historia tej książki jest bardzo interesująca: mianowicie została ona napisana online przez 23-ech głównych autorów i ponad setkę współtwórców z całego świata. Co zresztą widać w jej formacie (ale nie zdradzam szczegółów, żeby nie popsuć niespodzianki). Można by powiedzieć, że tak książka to podręcznik metodologiczny dla praktyków pokazujący szeroki wachlarz metod projektowania UX bardzo przydatnych tak w projektowaniu produktów, jak i usług.
Ostatnia z moich rekomendacji dotycząca książek o projektowaniu UX to książka Tima Browna Z IDEO “Change by Design: How Design Thinking Creates New Alternatives for Business and Society: How Design Thinking Can Transform Organizations and Inspire Innovation“. W zasadzie zastanawiałam się, czy polecić tę książkę, czy może książkę byłego szefa IDEO Toma Kelley “The Art Of Innovation: Success Through Innovation the IDEO Way
“, bo obie są bardzo wartościowe. Wybrałam tę chyba tylko dlatego, że przeczytałam ją jako pierwszą i pamiętam, jak ogromne wrażenie zrobiła na mnie. “Change by design” to dla mnie książka opowiadająca o tym, że prawdziwą innowację można tworzyć jedynie w oparciu o pracę w interdyscyplinarnym zespole oraz umiejętnemu obserwowaniu użytkownika. Choć to nie z tej książki, tylko z jednego z wykładów Tima, ale zawsze staje mi przed oczami jeden przykład tego, że nigdy nie jesteśmy w stanie zgadnąć, co mogą zrobić nasi użytkownicy. Tim opowiadał kiedyś o dziewczynie będącej internetową zakupoholiczką, która po te, żeby powstrzymać się przed nieprzemyślanymi zakupami, zamrażała swoją kartę kredytową w bryle lodu. Jeśli po roztopieniu bryły nadal chciała daną rzecz kupić, to był to dla niej dobry zakup, jeśli nie, to nie musiała odsyłać niechcianego towaru z powrotem. Na podobnej podstawie musiał powstać pomysł zmiany zakupów na Amazonie przez pół godziny od złożenia zamówienia, co jest rewolucyjną zmianą w zakupach internetowych. Takich przykładów jest w książkach i Tima i Toma cała masa i obie gorąco polecam.
No i na koniec jeszcze chciałabym zwrócić uwagę na zapowiedź premierową, czyli praktyczną kontynuację książki Billa Buxtona napisaną przez jego najlepszego przyjaciela Saula Greenberga oraz przez Sheelagh Carpendale, Nicolai Marquardt, no i oczywiście Billa Buxtona o tytule: “Sketching User Experiences: The Workbook“. Książka ta nie jest jeszcze wydana, ale można już ją zamówić na amazonie (co, oczywiście, sama już zrobiłam:).
Zakupy spożywcze przez Internet
Od czasu do czasu zdarza mi się podjąć kolejne próby robienia zakupów spożywczych przez Internet. Wewnętrznie czuję ogromną potrzebę, żeby z tego typu usług korzystać, ale żaden z Internetowych sklepów jakoś nie może zaskarbić sobie mojego serca. Próbowałam różnych sklepów i dalej testuję z coraz mniejszą nadzieją na to, że znajdę ten wymarzony, który będzie odpowiadał moim potrzebom. No i dziś postanowiłam przeanalizować, jak przebiega mój proces zakupowy i co byłoby mi potrzebne do takiego idealnego sklepu. Ok, zaczynamy user story:
Przygotowując śniadanie uświadomiłam sobie, że lodówka zaczyna świecić pustkami i chyba trzeba by uzupełnić zapasy. U nas w domu mamy taki zwyczaj, że jeśli któreś z nas zużywa jakiś produkt, to od razu zapisuje na kartce zakupowej, że coś się skończyło. Wzięłam więc do ręki tę kartkę i zaczęłam analizować, czego brakuje i czy warto zdecydować się na zakupy online. Kategorie oceny miałam dwie: czy zakupy są na tyle duże i ciężkie, że opłaca się zaangażować “tragarza” oraz czy jest ich na tyle duże, że będę w stanie wydać sumę wymaganą do bezpłatnej dostawy. Doszłam do wniosku, że chyba tak i że nadszedł czas na kolejną próbę zakupu artykułów spożywczych przez Internet. Ale zadanie to nie wzbudzało we mnie absolutnie żadnego entuzjazmu, ponieważ z poprzednich doświadczeń wiedziałam, że wyszukiwanie produktów jest uciążliwe, jakość prezentowanej informacji słaba, wybór też nie najlepszy, bo nigdy nie udało mi się kupić wszystkiego (mimo, że w sklepie tego typu towary zawsze mogłam dostać, np. wasabi) a dostarczone świeże produkty cokolwiek rozczarowujące (podgniły koperek i niedojrzałe pomidory). Z tą świeżością i jakością byłam tak ostatnio rozczarowana, że w zasadzie boję się już ryzykować zamawiania świeżych rzeczy przez Internet.
Ale decyzja zakupowa już była podjęta, więc trzeba chwycić byka za rogi. Siadłam do netu i wybrałam dwa sklepy, które dziś testuję: Almę oraz Piotra i Pawła. Moim pierwszym pytanie było to, kiedy jest możliwa dostawa. Oczywiście najbardziej chciałabym, żeby była ona możliwa dziś, ale nie byłam zaskoczona tym, że oczywiście takiej opcji nie było, a kolejna dostawa była możliwa w następnym dniu roboczym. Sprawdziłam jak sytuacja wygląda w Almie i już na tym etapie wybrałam ją jako sklep, w którym dziś zrobię zakupy. Dlaczego? Ponieważ w Piotrze i Pawle musiałam zastanowić się przez chwilę, jak wybrać moje miejsce dostawy, natomiast Alma od razu zapytała mnie o kod pocztowy i już wiedziała, gdzie mieszkam. Ale żaden z tych sklepów nie wyeksponował dla mnie wystarczająco dobrze informacji o terminach dostawy. I tu pojawiłoby się dla mnie pierwsze pytanie, na które odpowiedź można na pewno znaleźć choćby analizując ścieżki zakupowe klientów: czy to tylko ja najpierw sprawdzam te terminy, czy może jest to bardziej globalny fenomen? A jeśli tak, to w jaki sposób go wyeksponować, żeby dostać tę informację na pierwszy rzut oka a nie szukać gdzieś linka, pod którym jest ona ukryta.
Już na tym etapie podjęłam decyzje, że to jednak Alma będzie moim dostawcą tym razem, zamknęłam okno z Piotrem i Pawłem. Najpierw zajrzałam na promocje, żeby zobaczyć, czy jest tam coś ciekawego i bardzo się rozczarowałam, że zakładka była pusta. No, ale ponieważ nie po promocje tam przyszłam, zabrałam się za zakupy z kartki. Nauczona mało zachęcającymi doświadczeniami z innych spożywczych sklepów internetowych od razu zrezygnowałam z przeszukiwania kategorii, czyli browsingu i zaczęłam używać wyszukiwarki, żeby znaleźć potrzebne produkty. Wpisywałam nazwę produktu i z wyświetlonych wyników wybierałam swój produkt do koszyka. No i tu każda decyzja była frustrująca. Dlaczego? Bo na stronie z wynikami wyszukiwania dostawałam nieposegregowaną listę produktów ze słabej jakości zdjęciem oraz jedynie ceną, jako “opisem produktu”. Co więcej, w przypadku wyboru więcej niż jednej sztuki danego produktu (np. wody mineralnej) musiałam albo sześć razy przeciągać po jednej butelce do koszyka, albo wejść o jeden poziom niżej i tam dopiero w kolejnym kroku wybrać liczbę sztuk. Interesujące było to, że łatwiej było mi sześć razy przeciągnąć po butelce mineralnej do koszyka, niż wejść a tę jedną stronę niżej. I to jest kolejna rzecz do łatwego przebadania na podstawie logów użycia. Jeżeli moje zachowania jest częstsze, to może warto dodać możliwość wpisania liczby wybranych towarów na stronie z wynikami a nie głębiej (jak to robi Piotr i Paweł). Co więcej, jeśli więcej osób, tak, jak ja siada do zakupów z listą, to może warto zrobić inny typ wyszukiwarki: taki, który pozwala w pisać wszystkie towary oraz ich ilości, i na tej podstawie komponować pierwszą listę sugerowanych produktów, która potem można zmieniać. W ten sposób osoby, które chcą zrobić zakupy szybko, mają taką możliwość. Inną opcją mogłoby być wpisanie np. przepisu i na jego podstawie wybranie towarów. Ale, żeby to zrobić naprawdę dobrze, trzeba przebadać, jak to działa w realu oraz jakie wymagania trzeba spełnić, żeby takie rozwiązanie skutecznie zafunkcjonowało.
Kolejna rzecz, której mnie osobiście zabrakło to oznaczenia pochodzenia produktów. Jest to pewnie bardziej niszowa potrzeba, ale dla mnie osobiście bardzo ważna, ponieważ jeśli tylko mogę, staram się kupować produkty pochodzenia polskiego. W sklepie po prostu czytam uważnie informacje o tym, kto jest producentem, a tu zostałam pozbawiona takiej możliwości. Wydaje mi się, że pochwalenie się polską marką mogłoby być ciekawym wyróżnikiem dla produktów, a sklep mógłby na tym zbudować silną komunikację marketingową, jako miejsce promujące Polskę. No i jest kolejny temat do badań…
Następna sprawa, która mnie zaczęła drażnić, to unieruchomiony koszyk. Lista produktów do wyboru jest długa, a koszyk znajduje się tylko na górze. No i, żeby dodać produkt z dołu listy do koszyka, trzeba ciągnąć i skrollować, a to nie jest zawsze skuteczne. Moją irytację zwiększały produkty promowane widoczne po prawej stronie (tam właśnie powinien być ten pływający koszyk), które zupełnie nie były dopasowane do moich potrzeb, które pewnie dałoby się jakoś wydedukować z tego, co wkładam do koszyka. No i przez cały proces zakupowy musiałam patrzeć na napój energetyzujący Blow, którego nigdy w życiu nie zamierzam kupić. I tu znowu pojawia się temat dotyczący tego, jak skutecznie przedstawiać promocje produktowe, po to, żeby były skuteczne. Jesteśmy u początków ery semantic web i są na to przebadane sposoby. Tylko i tu trzeba najpierw zobaczyć, co ludzi zachęca do patrzenia na promocje a co zniechęca. Dla mnie wyświetlanie tego samego produktu przez cały proces zakupowy jest po prostu nudne.
Oczywiście zabrakło mi też “pomocy” w dokonywaniu zakupów ze strony sklepu (tzw. guided shopping), czyli możliwości porównania cech produktu i rekomendacji (może nawet gdzieś takie info jest, ale niewystarczające widoczne, żeby przyciągnęło moją uwagę i zadziałało. A jak coś nie jest widoczne, to jakby tego nie było). Zakupy zrobiłam z poczuciem tego, że w praktycznie żadnej decyzji zakupowej nie jestem pewna, czy dokonałam najlepszego dla mnie wyboru i w dodatku z obawą tego, jakiej jakości produkt zostanie mi dostarczony.
P.S. Kiedy skończyłam ten wpis, wróciłam do sklepu, gdzie okazało się, że mój koszyk jest pusty, bo pewnie wygasła sesja i muszę wszystko zaczynać od początku. Dlaczego? Przecież często się zdarza, że listę zakupów tworzy się w dłuższym przedziale czasowym!!! To mnie totalnie zniechęciło do zakupów w Almie i wróciłam do Piotra i Pawła. W porównaniu z Almą okazał się o niebo bardziej przyjazny, choć i tam większość powyższych komentarzy i uwag jest do przemyślenia.
Kiedy wchodzę do realnego sklepu Almy, zawsze mam poczucie, że ktoś się postarał, żebym się tam dobrze czuła. Dlaczego nie można tego samego zbudować na webie? Typową wymówką w Polsce będącą podstawą decyzji, żeby nie inwestować w Internet, jest to, że ludzie nie robią zakupów przez Internet bo, albo nie ma takiego zwyczaju, albo ponieważ nie mają zaufania do tego typu zakupów. Uważam, że to jest świadome samookłamywanie i mydlenie oczu ze strony ofiarodawców usług internetowych. Jest na świecie wiele przykładów tego, że dobrze zdiagnozowane potrzeby użytkowników kreatywnie przemyślane i przetestowane, potrafią zwiększać sprzedaż internetową. Jednym z takich przykładów jest historia Air New Zealand, o której jakiś czas temu pisałam. Tylko, żeby być w stanie dokonać takiej rewolucji, trzeba wyjść ze swoich ciepłych biur oraz bezpieczeństwa zakupowania sprawdzonych enginów do zakupów internetowych i zobaczyć, jak ludzie naprawdę robią zakupy przez internet (czyli jak przebiega ich proces zakupowy od oczekiwań, przez przygotowania, do wyboru i wreszcie decyzji o ostatecznym zakupie). Jestem pewna, że ten, kto odważy zrobić to jako pierwszy ma szansę przejąć dramatyczne prowadzenie na tym rynku. Najlepszym chyba przykładem jest koreańskie Tesco:
Jak dalece Twoja firma jest gotowa na UX? Szczyty, czyli poziomy 7 i 8.
W pierwszej “turze” przedstawiłam najniższe poziomy akceptacji podejścia zorientowanego na użytkownika w firmie. Według mnie, takie firmy powinny głęboko zastanowić się nad tym, w jaki sposób chciałyby przetrwać na rynku i przeanalizować swoje szanse na sukces w najbliższych latach. Ich głównym problemem jest to, że jeśli tylko pojawi się konkurencja, która zapewni wyższy poziom użyteczności, to w wielu przypadkach, dla takiej firmy jest to pierwsza oznaka końca. No chyba, że robią narzędzia dla programistów..;)
W drugiej “turze” przedstawiłam środkowe poziomy akceptacji podejścia zorientowanego na użytkownika w firmie. Bycie na jednym z tych poziomów to oznaka, że w organizacji rośnie świadomość wartości informacji zwrotnej od klienta i że trzeba przekonywać wszystkich dookoła, że warto jest w takie podejście inwestować. To, czy się to uda w dużej mierze zależy od siły przebicia osób przekonywujących do takiego podejścia. Dlatego warto jest szukać popleczników, angelów i kolegów po fachu i wspólnie przekonywać resztę o ty, że tak po prostu trzeba, używając wykładów, prezentacji, warsztatów, mailingów i podobnych narzędzi.
Natomiast jeśli chce się, żeby organizacja zmieniła swoje podejście do tworzenia produktów i innowacji w oparciu o pragnienia użytkowników, trzeba jeszcze kolejnych działań, czyli przejścia na poziomy 7 i 8.
Poziom 7: organizacyjnie zintegrowane podejście zorientowane na użytkownika
Na poziomie 6, firma zaczyna przeprowadzać badania etnograficzne w terenie. Na poziomie 7 tego typu badania stają się prominentną częścią każdego projektu w jego najwcześniejszej fazie. Na tym poziomie każda decyzja projektowa jest podejmowana w oparciu o dane o i od użytkowników począwszy od zdefiniowania samego projektu i jego wymagań. Co więcej, zamiast dość prostej oceny poziomu User Experience, która jest charakterystyczna dla poziomu 6, firma zaczyna badać jakość swoich produktów dla użytkowników przy użyciu systematycznych badań ilościowych. I wreszcie każdy projekt ma indywidualnie zdefiniowane mierzalne cele użytecznościowe, które trzeba osiągnąć zanim dostanie się zielone światło do wdrożenia. Na wcześniejszych poziomach, użyteczność jest głównie postrzegana jako łatwość użytkowania cokolwiek firma produkuje. Na poziomie 7 organizacja zaczyna wykorzystywać dane o użytkownikach, żeby zdecydować, co ma być stworzone.
Przejście z poziomu 7, który w zasadzie można określić jako raj dla projektowania interakcji, produktów i usług zorientowanych na użytkownika, do poziomu 8 jest bardzo trudne. Poziom 8 to przejście od procesu projektowego zorientowanego na użytkownika do tworzenia innowacji opartej o pragnienia użytkowników. Na tym poziomie jedyną droga jest ewangelizacja członków zarządu i prezesów firmy i namawianie ich an zmianę w tradycyjnym sposobie myślenia biznesowego.
Poziom 8: firma kierująca się pragnieniami użytkowników
Na poziomie 8, dane od użytkowników juz nie tylko definiują indywidualne projekty, ale determinują, jakie typy projektów firma powinna robić. Oznacza to, że organizacja wykorzystuje badania użytkowników w celu strategicznego zdefiniowanie sowich celów i priorytetów. Co więcej, idea User Experience przenosi się z produktu czy usługi na całościowe podejście do użytkownika w kontekście jego kontaktu z firmą. Główna różnica między poziomem 7 a 8 to skala: firma wykorzystuje te same metody, co na wcześniejszym poziomie, ale impakt wyników jest znacząco większy i dociera na poziomy strategiczne i planowania.
Mimo tego, że wiele książek o zarządzaniu promuje wykorzystanie badań użytkowników w podejmowaniu korporacyjnych decyzji, rzadko zdarza się znaleźć firmy, które używają naprawdę zaobserwowanych danych o zachowaniach użytkowników do takich celów. Zwykle wykorzystują one kwestionariusze, ankiety i inne mniej zwalidowane wyznaczniki dotyczące tego, co użytkownicy mówią, o tym, czego by chcieli zamiast wykorzystać dane dotyczące tego, co tak naprawdę robią. Dopiero badanie i analiza prawdziwych zachowań użytkowników w połączeniu z kreatywnymi metodami projektowymi oraz iteracyjnym procesem projektowym wykorzystanymi do planowania strategii działań sprawia, że firma może osiągnąć poziom 8.





